Po angielsku o Nowym Jorku mówi się “The place where everybody wants to be”, czyli miejsce, w którym każdy chce być. I tak też było w moim przypadku. Powodów było wiele, ale do najważniejszych można zaliczyć chęć uczestniczenia w zajęciach tanecznych w znanej szkole tańca “Broadway Dance Center” oraz zobaczenie wielu kultowych miejsc z popularnych filmów i seriali jak moja ulubiona “Plotkara”.
Gdy zdecydowałam się na program Au Pair, szukałam rodziny blisko tego miasta. Udało się taką znaleźć w Tenafly, w stanie New Jersey. Do “Wielkiego Jabłka” miałam niecałą godzinę jazdy autobusem. Jak na amerykańskie standardy to bardzo blisko. Nowy Jork nie tylko był spełnieniem marzeń z dzieciństwa, ale też szansą na naukę języka angielskiego, poznanie nowych ludzi i kultur.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Times Square poczułam się jak w filmie
Czy Nowy Jork spełnił moje oczekiwania?
Po krótkim czasie mieszkania w Stanach, szybko zrozumiałam, że wielkie miasta to nie moja bajka. Wielkość budynków była jednocześnie zachwycająca, ale i przerażająca. Mimo tego nie ukrywam, że zachłysnęłam się tym krajem… ale tylko na początku.
Mój zachwyt nie trwał zbyt długo. Z każdym kolejnym tygodniem poznawałam Amerykę od drugiej strony, nie tej filmowej, tylko rzeczywistej. Mimo że nie miałam zbyt wiele wolnego czasu ze względu na program, z którym wyjechałam, to udało mi się doświadczyć nowych rzeczy, np. uczestniczyć w imprezach niczym z “American Pie”. Czerwone kubki, alkohol, bezdomność, narkotyki, nieprzespane noce to norma, jaka panuje w Nowym Jorku. Przynajmniej takie były moje odczucia, jak na tamten moment.
Mocno zastanawiałam się nad powrotem i tym, że to miasto jednak nie jest dla mnie
Zawsze głęboko wierzyłam, że ludzie z natury są dobrzy i raczej nie chcą mnie skrzywdzić, dlatego nie potrafiłam zrozumieć, skąd to uczucie niepokoju. Niby miałam zapewnione miejsce do spania, jedzenie i kieszonkowe na podstawowe wydatki, ale czegoś brakowało. Z ekstrawertycznej Magdy, która miała masę znajomych w Polsce, stałam się zamkniętą osobą, która nie potrafiła znaleźć ani jednej koleżanki. Miałam oczywiście małą grupkę, z którą jeździłam na różnego rodzaju wyjazdy i spotykałam się na kawę, ale to nie było to samo. Dodatkowym gwoździem do trumny było to, że na program zdecydowałam się wyjechać z moją przyjaciółką, z którą kontakt urwał się po niecałych… trzech miesiącach pobytu w Stanach.
Kolejnym problemem, jaki pojawił się podczas początków mojego pobytu w Stanach Zjednoczonych, był język angielski. W szkole zawsze była to moja pięta Achillesa, jak zawsze potrafiłam być wygadana, to na tych jednych zajęciach milczałam jak grób. Możecie sobie więc wyobrazić, co czułam, gdy musiałam używać go codziennie po przeprowadzce do USA. Co więcej, w Nowym Jorku, nie tylko byłam zmuszona rozmawiać po angielsku, ale także byłam zmuszona stawić czoło różnym akcentom czy dialektom spowodowanym multikulturowością tego miasta. Nieraz będąc w sklepie i robiąc zakupy, zastanawiałam się, czy oni na pewno mówią po angielsku.
W końcu jednak udało mi się odnaleźć i pokochać NYC
Był to kop do działania, postanowiłam szybko poprawić poziom języka i stałam się częstym klientem bibliotek publicznych, z których brałam materiały i ćwiczenia do nauki.
Nowy Jork na pewno pomógł mi poznać samą siebie, zrozumieć co lubię, a czego nie. Sprawdził moją otwartość na nowe kultury i rozbudził we mnie chęć do działania, wydaje mi się, że wzmocnił mnie jako osobę. Dodatkowo utwierdził w przekonaniu, że to miasto, które nigdy nie śpi. W mojej opinii to miejsce, które można albo kochać, albo nienawidzić, ciężko być pomiędzy.