Jak już wcześniej wspomniałam, zdecydowałam się wyjechać do Stanów Zjednoczonych z programem Au Pair. Jest to jedna z częściej wybieranych opcji przez młodych ludzi. Z założenia ma być bezpiecznie. Jest to program działający we współpracy z rządem amerykańskim. Wszystko jest zapewnione: samochód, wyżywienie, nocleg, kieszonkowe na wyjazdy i wyjścia ze znajomymi, opieka medyczna, a na dodatek mamy możliwość studiowania i podróżowania po USA. Brzmi jak bajka, prawda?
Te wszystkie, wymienione wyżej korzyści były kartą przetargową dla moich rodziców. Z reguły bardziej negowali, niż wspierali moje pomysły. Wiem, że robili to z troski, ale dla młodego człowieka pełnego energii jak ja, początkowo ciężko było to zrozumieć.
Jako wielka fanka Gwiezdnych Wojen, spotkanie z Chewbaccą było dla mnie wyjątkowe
Czy program Au Pair jest spełnieniem marzeń dla osób szukających przygody?
I tak i nie. Moje doświadczenia są różne. Pierwsza rodzina, do której zdecydowałam się wyjechać, była wręcz idealna, przynajmniej patrząc na profil, który zamieścili na stronie głównej programu. Jedno dziecko do opieki, piękny dom, BMW do własnego użytku, rodzice lekarze, czego można chcieć więcej?
Dramat zaczął się po tygodniu mieszkania z “idealną” rodziną, a bariera językowa nie ułatwiała sytuacji. Chyba ani ja, ani oni nie byli gotowi na ten program.
Zawsze w życiu ceniłam sobie swobodę i możliwość robienia tego czego chcę. Pomimo stanowczych rodziców, którzy nie godzili się na wiele z moich pomysłów, to jako studentka nie byłam kontrolowana i mogłam wychodzić, spotykać się z kim chcę. Tutaj było trochę inaczej. Rodzina oczekiwała ode mnie ciągłego spędzania z nimi czasu. Nie rozumieli, dlaczego wolałam wychodzić ze znajomymi od weekendowych spotkań “rodzinnych”. Nie posiadali doświadczenia z programem, oczekiwali, że będę starszą siostrą Laury — dziewczynki, którą się zajmowałam, a dodatkowo posprzątam ich dom, ugotuję i będę pod telefonem 24 godziny na dobę. Do tego równolegle tocząca się kłótnia z przyjaciółką, zerwanie kontaktów z grupą nowo poznanych “znajomych”, do których po prostu nie mogłam się dopasować. Panująca tam atmosfera pełna imprez, narkotyków i innych używek nie pomagała. To było dla mnie zbyt dużo, dlatego postanowiłam zmienić rodzinę i lokalizację.
Przemieszczanie się po Nowym Jorku nie należało do łatwych zadań
Więcej na temat moich początków Au Pair możecie dowiedzieć się z wywiadu, który udzieliłam dla Onet Podróże. Kliknij tutaj by przeczytać.
Po niecałych trzech miesiącach pobytu zaczęłam poszukiwania nowej rodziny. Nie było to takie proste, gdyż agencja, otwierając nam profil, musi zamieścić informację, że jesteśmy w procesie zmiany obecnej rodziny, czyli tak jakby z “drugiego sortu”. Dla wielu rodzin jest to podejrzane i nie chcą brać takich dziewczyn, bo boją się, że nie spełnią ich oczekiwań, albo są problematyczne. Na znalezienie nowej rodziny są dwa tygodnie, jeżeli się nie uda, to musimy wrócić do Polski… na własną rękę! Ja nie ryzykowałam nic, zrozumiałam, że nie spełnię swojego “american dream” i w najgorszym wypadku wrócę do Polski, za którą już tęskniłam.
Udało się jednak znaleźć nową rodzinę w niecałe 10 dni. Nauczona doświadczeniem, zrozumiałam, że nie powinnam kierować się lokalizacją podczas wyboru rodziny. Mimo że musiałam się przenieść na drugi koniec stanu New Jersey, do miejscowości oddalonej o prawie trzy godziny samochodem od mojego wymarzonego Nowego Jorku, jednak okazało się, że to był “perfect match”. Do opieki miałam dwie dziewczynki — nastolatki, które trzeba było nauczyć podstawowych obowiązków jak ścielenie łóżka, przygotowanie posiłków czy po prostu zawozić je na dodatkowe zajęcia, albo zagospodarować im czas wolny. Szybko się polubiłyśmy i wydawało mi się, że w końcu mogę zacząć się cieszyć życiem w USA.
Z nową rodziną szybko poczułam się dobrze
Oczywiście tak się nie stało… Wciąż nie odnajdywałam się w programie, duża ilość czasu wolnego, kiepska lokalizacja, brak znajomych spowodował, że po prostu czułam się nieszczęśliwa. W Polsce miałam dwa kierunki studiów, dwie dodatkowe prace, bogate życie towarzyskie. Była to kolejna bolesna lekcja, która utwierdziła mnie, że powiedzenie “cudze chwalicie, swego nie znacie” jest tak bardzo prawdziwe.
Chciałam się poddać, jednak…
nie tym razem! Nowy Jork dał im jedną, najważniejszą lekcję! “Never give up” – nigdy się nie poddawaj. Przeanalizowałam szybko w głowie powody, dla których zdecydowałam się wyjechać do Stanów i uświadomiłam sobie, że wciąż mogę zrealizować, to czego chciałam.
Język angielski, opanowałam już w komunikatywnym stopniu, ale chciałam go wciąż polepszyć. Udało mi się znaleźć emerytowaną nauczycielkę języka angielskiego — Amerykankę, która zgodziła się spotykać ze mną dwa razy w tygodniu, żeby pomóc mi polepszyć poziom.
Zasmakowałam prawdziwie amerykańskiego życia
Kolejną motywacją do wyjazdu były zajęcia taneczne. Może się to wydać abstrakcyjne, ale od momentu zmiany lokalizacji na zajęcia jeździłam praktycznie co tydzień. Myślę, że dużą zasługę miała w tym moja choreografka, u której wzięłam pierwsze lekce. Wyróżniła mnie na tle grupy, poprosiła o zatańczenie solo i powiedziała wiele motywacyjnych słów. Mimo że taniec wciąż jest jednym z aspektów mojego życia, w którym nie czuje się do końca pewnie, to zajęcia pozwoliły mi spełnić marzenie z dzieciństwa. Po kilku miesiącach intensywnych treningów, po zakończeniu programu Au Pair, zapisałam się na międzynarodowy kurs taneczny w tej szkole, ale o tej przygodzie jeszcze napisze.
Program Au Pair mimo wielu nieprzyjemnych doświadczeń, nauczył mnie przydatnych i praktycznych umiejętności, otworzył drzwi na nowe możliwości i rozbudził we mnie chęć do podróżowania i zwiedzania świata. Kontakt z moją “amerykańską rodziną” mam do dziś i za każdym razem kiedy jestem w Stanach, staram się z nimi spotkać.